O tym jak weszliśmy na dach Polski

22 sierpnia 2015 r. podjęliśmy się próby zdobycia najwyższego szczytu Polski. Nie jesteśmy himalaistami i zdobycie Mount Everestu nie jest naszym marzeniem, ale kochamy podróże, kochamy polskie góry i kochamy sport. Zdobycie polskiego szczytu Rysów było to dla nas wyzwaniem podwójnie ekscytującym – z jednej strony nigdy nie wyszliśmy na żadną górę, która nosiłaby miano “najwyższej”, a z drugiej strony była to pierwsza poważna próba sił dla naszych ciał i umysłów.

Na tamtym etapie życia byliśmy stałymi bywalcami siłowni, graliśmy w tenisa i jeździliśmy na rowerze. Krótko mówiąc na kondycję żadne z nas nie mogło narzekać. Nie mieliśmy niestety zbyt wielu okazji, aby potrenować chodzenie po górach na trudniejszych szlakach, zatem nasze przygotowania do wspinaczki skupiały się głównie na wzmacnianiu mięśni całego ciała i poprawianiu kondycji na bieżni. 

Robiąc research w Internecie na temat tego jak ciężkie jest wyjście na szczyt i jak się odpowiednio przygotować, odnieśliśmy wrażenie, że w zasadzie każdy przeciętny turysta jest w stanie wyjść na Rysy. Jednak zdawaliśmy sobie też sprawę, że wyjście na wysokość 2499 m, a potem zejście z na dół nie jest raczej bułką z masłem. Zwłaszcza, że w najtrudniejszym momencie tuż pod szczytem konieczne jest chwytanie się łańcuchów.

Oprócz przygotowania fizycznego trzeba było oczywiście przygotować odpowiednie ubrania i prowiant. Buty trekkingowe to konieczność, przydają się też rękawiczki sportowe do łapania się łańcuchów no i oczywiście warto mieć w plecaku dodatkowe okrycie wierzchnie, jako że na samej górze wieje i jest zimno. Choć my z tego ostatniego akurat nie skorzystaliśmy, to uważam, że ubrania, które na siebie założyliśmy były dla nas wystarczające. Porażką za to był nasz prowiant. Chcąc uniknąć nadbagażu, zamiast dwóch dużych butelek wody, wzięliśmy jedną 1,5 l i dwa napoje izotoniczne. Do tego po dwie bułki z masłem orzechowym domowej roboty, kilka batonów proteinowych i tabliczkę ciemnej czekolady. Zarówno jedzenia i picia było za mało na taki wysiłek jaki nas czekał w górach, dlatego z własnego doświadczenia przestrzegamy, aby na tego typu wycieczkę całodniową dobrze przygotować nie tylko swoje ciało, ale i plecak z prowiantem. 

W tym wpisie chcemy podzielić się z wami naszymi doświadczeniami, odczuciami i emocjami związanymi z wyjściem na Rysy. Zapraszam na krótką fotorelację! 

Około godz. 7:20 wyruszamy z parkingu w Palenicy Białczańskiej w kierunku Morskiego Oka. Po drodze cieszymy nasze nosy orzeźwiającym, porannym, górskim powietrzem, a oczy widokami na trasie 🙂

Dojście do Morskiego Oka zajmuje nam 1h 35 min. Drogowskazy wskazywały 2h 10 min., zatem tempo mamy dobre. Po takiej rozgrzewce przed atakiem na szczyt jesteśmy pełni energii i nie czujemy jeszcze zmęczenia.

Chwila na zdjęcia. Obejście Morskiego Oka to spacerek. 

Schody zaczynają się, dosłownie i w przenośni, gdy zostawiamy Morskie Oko w tyle i zaczynamy wychodzić w stronę Czarnego Stawu. Wychodzenie po kamiennych schodach wymaga więcej wysiłku i powoli nogi zaczynają się trochę męczyć.

Czarny Staw pod Rysami

Nad Czarnym Stawem nadchodzi chwila przerwy na bułkę i kontemplowanie przyrody. Ostatni rzut oka na to, co czeka nas w górze i ruszamy dalej. Po obejściu jeziora dookoła szlak zaczyna być coraz bardziej wymagający i stromy. Turystów również jest coraz mniej, część zakończyła swój trekking przy Czarnym Stawie.

Zaczynamy odczuwać coraz większe zmęczenie. Trasa nie jest już taka łatwa, ale widoki wszystko rekompensują. Zza Czarnego Stawu powoli zaczyna wyłaniać się Morskie Oko.

Maka Paka też tu była. Pomimo zmęczenia dobre humory nas nie opuszczają.
Jeszcze wyżej, jeszcze trudniej i jeszcze piękniej.

Im bliżej szczytu tym droga staje się coraz trudniejsza. Kończą się ładnie usypane kamyczkami drogi, a zaczynają prawdziwe góry. Na najbardziej stromych odcinkach trzeba łapać się łańcuchów i za ich pomocą wspinać się wyżej. Robi się też coraz bardziej niebezpiecznie nie tylko ze względu na wysokość i brak zabezpieczeń, ale ze względu na tłumy, z którymi się mijamy. Parę metrów przed szczytem zaczynamy trochę panikować bo “stoimy w korku” a dookoła nas przepaść…

Sukces! W końcu udaje się wejść na szczyt. Jest dość zimno, wieje wiatr i jesteśmy zmęczeni, ale jednocześnie dumni z siebie i szczęśliwi, że zdobyliśmy najwyższy szczyt naszego kraju. A widoki? Zapierają dech w piersiach!

Chwilę odpoczywamy, jemy bułkę i oglądamy widoki. Za chwilę ruszamy dalej. Nie ma się co rozleniwiać bo jesteśmy dopiero w połowie drogi. Trzeba przecież jeszcze zejść na dół!

Z parkingu w Palenicy Białczańskiej na Rysy weszliśmy w ok. 5 godzin, z krótkimi odpoczynkami po drodze. Wyszliśmy w ostatniej chwili, bo chwilę później pogoda zaczyna się psuć. Zawisa nad nami wielka mgła i piękne widoki znikają w oka mgnieniu.

Drogę powrotną pokonujemy w ok. 4 godziny. Schodząc na dół przekonujemy się, że wzięliśmy ze sobą trochę za mało prowiantu. Zmęczenie bardzo daje się we znaki, gdy schodzimy po schodach na trasie z Czarnego Stawu do Morskiego Oka. Momentami nogi dygoczą nam jak galaretka, a kiedy w końcu mijamy ostatni stopień i wchodzimy na ścieżkę wiodącą dookoła Morskiego Oka, przez chwilę trudno nam przywyknąć do płaskiego podłoża. Stopa wciąż myśli, że pójdzie o stopień niżej. Mimo wszystko te kamienie na płaskiej drodze przynoszą nam ogromną ulgę i ukojenie. Ostatnimi siłami schodzimy na parking w Palenicy z nadzieją, że szybko złapiemy busa do Zakopanego i wrócimy na kolację do naszego hotelu. 

W Zakopanem czeka nas jeszcze półgodzinny spacer do naszego hotelu, który wysysa z nas ostatnie resztki sił. Takiego zmęczenia nigdy żadne z nas nie odczuwało. Zmęczenie jest błogie, gdy rozsiadamy się na miękkim łóżku w naszym pokoju hotelowym i popijamy ciepłą herbatę. Na koniec dnia czeka nas już tylko zasłużona gorąca kąpiel.

Poniżej przedstawiamy podsumowanie naszej całodniowej wycieczki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *