Turniej Czterech Skoczni cz. 5 – Bischofshofen + Salzburg

W sezonie 2018/2019 zrealizowaliśmy jedno z naszych podróżniczych marzeń, jakim był kompletny wyjazd na Turniej Czterech Skoczni w skokach narciarskich. Nie odpuściliśmy żadnego konkursu i żadnych kwalifikacji. 18-letnim Oplem Corsą przejechaliśmy 3000 km przez niemieckie i austriackie Alpy, zmagając się z najpiękniejszą zimą jaką w życiu widzieliśmy. 

Opuszczamy ośnieżony Innsbruck, żeby za dwie godziny znaleźć się w jeszcze bardziej ośnieżonym Salzburgu. No, właściwie to kawałeczek przed nim. Tam właśnie spędzimy dwie kolejne noce i będzie to nasza baza wypadowa na zawody w Bischofshofen. Jak się okazuje nasz hotel upodobało sobie całkiem sporo kibiców skoków z Polski.

Kolejnego dnia budzimy się już “zasypani”. Dawno nie doświadczyliśmy tak pięknej zimy, choć z drugiej strony śnieg wciąż sypie i utrudnia warunki nie tylko na drogach, ale też na skoczni w Bischofshofen, gdzie mają się dziś odbyć kwalifikacje do ostatniego konkursu skoków z serii Turnieju Czterech Skoczni.

Plan na dziś: śniadanie, szybkie zwiedzanie Salzburga, przejazd do Bischofshofen na kwalifikacje.

Widok o poranku z restauracji hotelowej
Pierwsza noc pod Salzburgiem

SALZBURG – miasto Mozarta

Właściwie nasze zwiedzanie Salzburga to będzie raczej krótki spacer po mieście. Ze względu na limitowany czas nie oczekujemy od siebie wielkich odkryć, ale chcemy choć trochę poczuć atmosferę rodzinnego miasta Mozarta, przejść się uliczkami i osłodzić sobie ten pochmurny dzień próbując lokalnych przysmaków.

Pomnik Mozarta

Chwilowo śnieg przestał padać, ale nad Salzburgiem zawisły chmury i podobnie jak to miało miejsce w Innsbrucku nie widać zupełnie otaczających miasta krajobrazów. Widać za to pierwszy punkt naszej wycieczki, czyli pomnik Wolfganga Amadeusza Mozarta, który znajduje się oczywiście na… placu Mozarta.

Chwilę jeszcze rozglądamy się po okolicy i przez Residenzplatz idziemy dalej w kierunku katedry św. Ruperta.

Katedra św. Ruperta

Ogromna barokowa katedra wybudowana jest w miejscu średniowiecznej świątyni, której patronem był św. Wirgiliusz. Budynek może pomieścić nawet 10 tysięcy wiernych, ale według nas najfajniejszą ciekawostką jest fakt, iż to tutaj ochrzczony był genialny kompozytor., którego pomnik przed chwilą oglądaliśmy.

Spharea, Hohensalzburg

Na placu Kapitelplatz odkrywamy ciekawą i charakterystyczną instalację artystyczną przedstawiającą mężczyznę stojącego na złotej kuli (“Spharea”). Na pierwszy rzut oka wygląda jak prawdziwy! W tle widać twierdzę Hohensalzburg, która góruje nad Salzburgiem i nigdy nie została zdobyta! 

Mozart Geburtshaus

Nazwisko Mozart jeszcze parę razy się tutaj przewinie. Idąc śladami wielkiego kompozytora docieramy w końcu do miejsca, w którym w 1756 r. przyszedł na świat. Dom urodzenia Mozarta zawsze ozdobiony jest austriacką flagą, a w środku znajduje się muzeum związane z życiem artysty.

Café Mozart

Na tej samej ulicy co Mozart Geburtshaus, znajduje się też kawiarnia nazwana na cześć legendarnego obywatela – Café Mozart. Wchodzimy na chwilę do środka żeby się ogrzać i spróbować słynnego deseru Salzburger Nockerl.

Salzburger Nockerl to suflet, którego kształt ma przypominać 3 salzburskie szczyty. “Szczyty” posypane są cukrem pudrem, a u ich stóp leży żurawina. Deser jest lekki, smaczny i równie kreatywny, co prosty 🙂

Salzburger Nockerl

Mozartkugeln

Kolejnym popularnym specjałem w Salzburgu są pralinki czekoladowe z nadzieniem pistacjowym, stworzone oczywiście na cześć nie kogo innego jak Mozarta. Trudno ich nie zauważyć spacerując po mieście. Choć brzmi dobrze, to nam kuleczki nieszczególnie przypadają do gustu. Smakują dość sztucznie. A może po prostu źle trafiliśmy? Jeśli wy też mieliście okazję probować Mozartkugeln to dajcie znać w komentarzu co o nich sądzicie.

Salzburskie precle

W Salzburgu dość charakterystyczne zdają się być również Salzburger Brezen, czyli ogromne precle o przeróżnych smakach (powiązania z Wolfgangiem póki co nie stwierdzamy). Próbujemy wersji na słono i na słodko. Są dobre, ale nie zachwycające. Nasze krakowskie obwarzanki smakują nam o wiele bardziej.

Zagryzając precle chwilę jeszcze spacerujemy, oddalając się powoli od ścisłego centrum. Docieramy do rzeki Salzach, mijamy most i wracamy do korsarza. Zdecydowanie mamy tu jeszcze po co wracać. 

Jedziemy w stronę Bischofshofen, ale im dalej oddalamy się od Salzburga, tym mocniej sypie śniegiem. Co chwilę sprawdzam komunikaty ze skoczni, na której ewidentnie organizatorzy ledwo radzą sobie z ogromnymi ilościami białego puchu. Mniej więcej w połowie drogi na skocznię zapada w końcu decyzja o odwołaniu kwalifikacji. Zatem odwrót.

Wodospad Gollinger

Kolejny dzień znów upływa pod znakiem dużych ilości śniegu, ale póki co przełożone na dziś kwalifikacje oraz zawody mają się odbyć planowo. My tradycyjnie mamy w planach jeszcze parę punktów na mapie zanim dotrzemy do Bischofshofen i mimo, że warunki na drodze są dość ciężkie, to nasz korsarz radzi sobie z tymi (pięknymi!) okolicznościami przyrody. 

I tak dojeżdżamy do małej miejscowości, w której zaspy sięgają w niektórych miejscach wysokości aut. 

Parking dla odwiedzających wodospad jest kompletnie zasypany, więc stajemy kawałeczek wcześniej na parkingu, który jak się później okaże jest tylko dla gości pensjonatu, który się tam znajduje (na szczęście zamiast kary albo jakiejś dzikiej awantury dostaliśmy tylko kartkę wsadzoną za wycieraczkę samochodu z wypisaną ręcznie uprzejmą informacją).

Zaspy są ogromne i wąsko wydeptaną ścieżką zmierzamy do lasu, zgodnie ze znakami pokazującymi kierunek wodospadu. Nie ma tu zbyt wiele osób. Mijamy może ze dwie pojedyncze jednostki i jedną parę, która twierdzi, że wracają właśnie od Gollingera. Świetnie! Znaczy, że da się tam dojść.

Trasa jest krótka i wiedzie przez las, wzdłuż rzeczki, do której wpada wodospad. Jest cudownie, właśnie taką zimę chcieliśmy zobaczyć! Do tego cały czas pada śnieg. Trzeba być jednak ostrożnym bo choinki uginają się pod naporem białego puchu.

W końcu jest i on – wodospad Gollinger w calej okazałości, a za nim znikające gdzieś we mgle zastępy choinek! Gollinger może nie imponuje rozmiarami, ale w tym leśnym otoczeniu i mega zimowej aurze wygląda bajecznie!

Chcemy odwiedzić jeszcze jeden zamek, ale…

Droga została zamknięta. Jedziemy więc prosto na skoki, nasz zameczek mijając potem z daleka.

BISCHOFSHOFEN

Kwalifikacje i konkurs główny

Dojeżdżamy do Bischofshofen. Tam czeka już na nas parking dla kibiców i obsługa, która pokazuje gdzie można stanąć. Parking nie jest duży, ale mimo to nie ma problemu ze znalezieniem wolnych miejsc. Od skoczni dzieli nas już 20-30 minut spaceru.

Skocznia w Bischofshofen jest bardzo ładnie położona, śniegu jest pod dostatkiem i nawet niebo się trochę w końcu rozchmurzyło! Zajmujemy miejsca na trybunie i niedługo ruszamy z kwalifikacjami. Oczywiście te miejsca tuż przy barierkach są już dawno zajęte, więc szukamy wolnej przestrzeni na różnych śnieżnych podwyższeniach.

W niektórych miejscach trybuny są kompletnie zasypane a przed nami jeszcze kilka godzin na skoczni, zatem jesteśmy kreatywni i wykopujemy sobie w śniegu na jednej z górek “krzesełka”, na które kładziemy rękawiczki. Dzięki temu możemy sobie usiąść bez moczenia spodni.

Tym razem nie mamy dostępu do zawodników, ale za to znowu trafiliśmy z widokiem na skocznię. Z naszej pozycji dobrze też widać tablicę wyników.

A tu Dawid Kubacki właśnie pobił rekord skoczni 🙂

Na skokach zdecydowanie trzeba się ruszać, bo inaczej można zamarznąć! Pomimo całej gorącej atmosfery na trybunach 😉 Dlatego też w przerwach pomiędzy kwalifikacjami, zawodami i poszczególnymi seriami robimy mały obchód po naszej najbliższej okolicy. Można też oczywiście zjeść coś na ciepło (tutaj na skoczni w Bischofshofen mają nawet grillowane kasztany) i napić się herbaty/grzanego wina/grzanego pączu. 

Udaje nam się nawet znaleźć i chwilę podglądnąć z daleka stanowisko TVP, a na nim znane polskim kibicom twarze. Kawałek dalej krążył też dyrektor Pucharu Świata. Przez moment Waltera obskoczyło trochę kibiców.

Podczas 2 serii konkursu skoków mamy już zimę pełną gębą! Zmieniamy też strategicznie pozycję na taką bliżej toalety i bliżej wyjścia. Trochę już przemarzliśmy, więc kiedy okazuje się, że nasz Dawid nie stanie na podium końcowej klasyfikacji Turnieju Czterech Skoczni, wychodzimy ze skoczni przed dekoracją zwycięzców. Tak czy siak wykonał świetną robotę, a my wracamy do domu jako spełnieni kibice 🙂

I tak kończy się nasza przygoda z Turniejem Czterech Skoczni! Coś w tym jest, że turniej ten ma swój specyficzny, niepowtarzalny klimat. Kibicowanie naszym i reprezentowanie biało-czerwonych barw sprawiło nam ogromną frajdę. Oglądanie skoków na żywo, poczucie tej atmosfery na skoczni i czasem też podglądanie pracy organizatorów oraz samych sportowców od zaplecza jest czymś czego nie doświadczy się przed telewizorem. A przy okazji zobaczyliśmy wiele pięknych miejsc w niemieckich i austriackich górach, do których będziemy chcieli kiedyś jeszcze wrócić.

Mam nadzieję, że nasza relacja z tego wyjazdu okaże się dla kogoś przydatna i inspirująca. Na pewno mi było niezwykle miło wrócić wspomnieniami do tamtych chwil, tworząc tą serię wpisów. A wszystkich zainteresowanych organizacją podobnego wyjazdu odsyłam do naszego poradnika praktycznego.

Więcej wpisów o Turnieju Czterech Skoczni
Turniej Czterech Skoczni cz. 4 – Innsbruck

Na półmetku Turnieju Czterech Skoczni przenosimy się do Innsbrucka. Zarówno miasto jak i skocznia Bergisel zdobywają nasze uznanie przede wszystkim wspaniałym położeniem, a poza tym jest tu też co zwiedzać. Teraz już w pełni rozumiemy dlaczego miejsce to nazywane jest sercem Alp. Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *