Turniej Czterech Skoczni cz. 3 – skoki i zwiedzanie Ga-Pa

W sezonie 2018/2019 zrealizowaliśmy jedno z naszych podróżniczych marzeń, jakim był kompletny wyjazd na Turniej Czterech Skoczni w skokach narciarskich. Nie odpuściliśmy żadnego konkursu i żadnych kwalifikacji. 18-letnim Oplem Corsą przejechaliśmy 3000 km przez niemieckie i austriackie Alpy, zmagając się z najpiękniejszą zimą jaką w życiu widzieliśmy.

I oto mamy 31 grudnia, kolejny dzień zawodów. Z samego rana pakujemy się, jemy śniadanie i jedziemy wprost na skocznię w Garmisch-Partenkirchen. Czeka nas jakieś 1,5 godziny jazdy samochodem. Po drodze dwa razy przekraczamy granicę niemiecko-austriacką i mijamy coraz to piękniejsze, zimowe krajobrazy. Jedyne czego brakuje to lepszej widoczności w najwyższych partiach gór. 

GARMISCH-PARTENKIRCHEN

Kwalifikacje

Dojeżdżamy do Ga-Pa. Po doświadczeniach w Oberstdorfie staramy się znaleźć parking jak najbliżej skoczni, ale jednocześnie rozglądamy się za znakami prowadzącymi na parking dla kibiców. W sumie to cały czas kierujemy się za owymi znakami, ale miejsca, do którego prowadzą nigdzie nie zauważamy. Znajdujemy za to miejsce na parkingu pod małym marketem. Nie jesteśmy pewni czy możemy się tu zatrzymać, ale ryzykujemy. Do skoczni prowadzi nas prosta dróżka i po około 20 minutach jesteśmy na miejscu. Widać już trenujących skoczków. Szybka kontrola biletów i wchodzimy na teren obiektu.

Plac u podnóża skoczni jest duży i póki co jest na nim jeszcze sporo miejsca. Idziemy zobaczyć co jest za naszą trybuną, a tam całkiem urozmaicone zaplecze gastronomiczne, sklepy z flagami i odzieżą naszej rodzimej marki 4F oraz stanowisko 4F, gdzie w wirtualnej rzeczywistości można doświadczyć skoku z Maciejem Kotem. Póki kwalifikacje się nie rozpoczęły, idziemy wczuć się w rolę skoczka. Symulacja jest całkowicie darmowa i godna polecenia! Rozglądając się na boki, możemy zobaczyć co znajduje się po obu stronach wirtualnej skoczni i razem z wirtualnym Maćkiem przeżywamy skok. Następnie udajemy się obczaić ofertę gastronomii i ulegamy przyrządzanym na świeżo naleśnikom z roztopionymi w środku paluszkami Kinder. Ostatecznie trochę zamulające, ale przepyyyyszne.

Na placu przed skocznią
Zaplecze gastronomiczne na skoczni w Ga-Pa

Kończąc naleśniki zmierzamy na naszą trybunę. Widać, że nie jest pierwszej młodości. Sama skocznia powstała już na początku XX wieku. Miejsca nie są numerowane, zatem szukamy kawałka wolnej przestrzeni i ostatecznie znajdujemy ją na samym końcu tuż przy jakichś białych kontenerach, które.. okazują się być domkami skoczków, a konkretnie drużyn z Niemiec, Austrii, Stanów Zjednoczonych, Szwajcarii i Polski! Długo się nie zastanawiamy i stajemy tuż przy barierce oddzielającej nas od skoczków. Najbliżej nas stoi chatka zespołu niemieckiego i nie ukrywam, że podglądamy ich dość często w przerwach pomiędzy poszczególnymi skokami. Jest to niezwykła okazja, aby przyjrzeć się zawodom i pracy zawodników “od kuchni”. Niestety w połowie kwalifikacji dopada mnie ból brzucha i już mam ochotę skapitulować, ale po krótkim odpoczynku na schodach jakoś wytrzymuję do końca. I cale szczęście bo kwalifikacje wygrywa Dawid Kubacki!

skoncznia Ga-Pa

STAMS

Jak szybko udało nam się dojść na skocznię, tak szybko wracamy z niej do auta i zawijamy się w stronę naszego noclegu, który tym razem znajduję się godzinę drogi stąd, jeśliby jechać najszybszą trasą. Brzmi to całkiem niedorzecznie, że konkurs skoków odbywa się w Niemczech a my spać będziemy w Austrii, ale podobnie jak w przypadku konkursu w Oberstdorfie tańszą opcją jest nocowanie poza centrum wydarzeń, nawet po stronie austriackiej, niż w samym Ga-Pa, który jest cały rok popularnym celem turystów. Uściślając, celem naszej podróży jest Stams, gdzie zatrzymujemy się w zwyczajnym domu gościnnym, ale za to ze spektakularnym widokiem. Ale ten zobaczymy dopiero rano, gdy będzie jasno. Do Stams przyjeżdżamy bowiem grubo po zachodzie słońca.

Stams

Sylwester w Innsbrucku

Zaraz, zaraz… Dzis sylwester!  W naszym pokoiku jest nam na tyle cieplutko i przytulnie, że przechodzi nam przez myśl czy by tak jednak nie zostać w nim aż do rana. Po uprzednim wystaniu się na skoczni w pokoju zrobiło nam się na prawdę błogo, ale była to tylko krótka chwila słabości. Na rynku w Innsbrucku podobno tradycyjnie co roku, w sylwestra o północy tańczy się walca wiedeńskiego do akompaniamentu muzyki Straussa. A ja uwielbiam taniec, zatem tego wydarzenia nie możemy przegapić. Ogromnie żałujemy, ale zbyt późno zorientowaliśmy się, że można było wykupić również bilet, aby przywitać Nowy Rok na Nordkette, czyli najwyższym punkcie widokowym w Innsbrucku.

Chwila oddechu i zbieramy się, żeby coś zjeść, a następnie jedziemy do Innsbrucku. Tam zagrzewamy się grzanym winem oraz bezalkoholowym ponczem i czekamy na wybicie północy. Przy Złotym Dachu rozstawiona jest scena z DJ-em i impreza trwa na całego. Większość osób jest już w mocno szampańskich nastrojach, nie dziwi więc, że nikt nie pamięta kroków walca (być może o tradycji też nie), w dodatku jest zbyt tłoczno na trzymanie ramy i obszerne obroty, niemniej jednak tuż po północy przepiękny walc wiedeński “Nad pięknym modrym Dunajem” Johanna Straussa wypływa z głośników zastępując dotychczas klubową muzykę. Trzeba przyznać, że dla tej melodii warto było ruszyć cztery litery na miasto. Jeśli zaś chodzi o pozostałe aspekty, to wąskie uliczki i małe place w połączeniu z dużą ilością pijanych osób zaczynają nas drażnić więc szybko wracamy z powrotem do Stams. Co śmieszniejsze, pokaz fajerwerków z Nordkette jest ledwo widoczny przez duże zamglenie i zachmurzenie w górach, ale na szczęście na sztucznych ogniach akurat nam nie zależy. Zapewne podobnie jak skoczkowie idziemy w kimę dość szybko żeby rano wstać o przyzwoitej godzinie i zdążyć coś pozwiedzać przed noworocznym konkursem skoków.

1 stycznia 2019 r. rozpoczynamy pysznym domowym śniadankiem przy niedorzecznie pięknym krajobrazie za oknem. Jak się jeszcze okaże, był to jeden jedyny raz podczas naszego wyjazdu na TCS, gdy Alpy było widać tak wyraźnie.

GARMISCH-PARTENKIRCHEN

Eibsee, Zugspitze

Po śniadaniu pakujemy się i opuszczamy nasz pokój gościnny. Przed konkursem skoków mamy nadzieję zobaczyć jeszcze kilka przyrodniczych atrakcji w okolicy Ga-Pa. Pierwszym punktem na mapie jest jezioro Eibsee, a tuż po nim wyjazd kolejką na najwyższy szczyt górski w Niemczech – Zugspitze. Gdzieś z tyłu głowy mamy jeszcze wąwóz Partnach (Partnachklamm), ale zobaczymy na ile czas pozwoli.

Jezioro jest przepięknie. Właśnie takie jak można wyobrazić sobie górskie jeziorko – przejrzyste, w otoczeniu zielonych choinek i ośnieżonych gór. Tutaj odbywamy jeden z pierwszych lotów naszym dronem. 

Eibsee
Kaczusia na jeziorze

Kolejka na Zugspitze znajduje się praktycznie tuż obok Eibsee. Idąc do kasy biletowej obserwujemy jak kolejka jedzie w górę, gdzie w wyższych partiach panuje klimatyczna mgła. Szczyt jest co prawda schowany w chmurach, ale widoczność nie jest taka zła. Jesteśmy zdecydowani wyjechać tam, pomimo wysokiej ceny jąka sobie krzyczą – ok. 60 euro od osoby. Chociaż chwila zwątpienia była, bo cena jest z kosmosu! Jak się jednak okazuje, kolejka do wyjazdu jest tak długa, że nie możemy sobie pozwolić na stanie w niej.

Trzeba szybko zweryfikować plan działania. Czasu jest mało, biorąc pod uwagę, że trzeba dojechać jeszcze do Ga-Pa, znaleźć parking przed konkursem i dojść na skocznię. Niestety, to by było na tyle ze zwiedzania na dziś. Jedziemy do centrum miasta szukać parkingu.

Konkurs główny

Udaje nam się znaleźć jakiś podziemny parking, na którym o dziwo jest jeszcze trochę miejsca, a cena za postój nie jest wysoka. Na skocznię idziemy około 30 minut. Docieramy jeszcze na kawałek serii próbnej. Dzisiaj plac pod skocznią nie jest już taki pusty! A z każdą minutą wypełnia się coraz bardziej i na czas startu konkursu mamy już komplet kibiców i morze flag, najczęściej niemieckich i polskich. Jedziemy z konkursem!

Stoimy w tym samym miejscu co wczoraj. Za barierką oddzielającą nas od strefy skoczków oglądamy różne ciekawe obrazki. Wywiad ze Stefanem Kraftem, trening Roara Ljøkelsøya z Markusem Eisenbichlerem i przebiegających co chwilę skoczków różnych ekip. Atmosfera na skoczni jest gorąca, doping głośny i wszyscy świetnie się bawią, zwłaszcza Polacy po świetnych skokach Kubackiego. Ostatecznie Dawid zajmuje 3 miejsce, więc obecność na ceremonii dekoracji najlepszych jest obowiązkowa. W międzyczasie nasza trybuna się wyludnia, a pod barierkę podchodzą nieliczni kibice, ewidentnie czatujący na zawodników. Oczywiście w tym my, korzystając z naszego dobrego miejsca na trybunie.

Trochę czasu mija zanim skoczkowie są gotowi wyjść do oczekujących ich kibiców. Właściwie to dopiero głośne nawoływania dwóch małych Niemców sprawiają, że zawodnicy zaczynają do nas podchodzić. Póki co są to skoczkowie tylko i wyłącznie niemieccy, z racji bliskości ich domku i dużej ilości kibiców z Niemiec. Plan działania jest prosty – ja zaczepiam każdego skoczka radosnym “Hallo!”, a Gracjan zadaje wtedy kluczowe pytanie “Entschuldigung, ein foto Bitte?”. I tak udaje nam się zrobić pamiątkowe selfie z Karlem Geigerem, Richardem Freitagiem i Andim Wellingerem. 

Naszego Kamila dzieciaki też wołają, ale jest dość daleko i pozostaje nieuchwytny. My staramy się zakomunikować obecność polskich kibiców machając do naszych ręką i flagą. Nikt do nas nie podchodzi. Jeszcze jedna para z Polski, która stała obok nas dość szybko rezygnuje, ale my cierpliwie czekamy dalej na rozwój sytuacji. W końcu widzimy, że cała polska ekipa opuszcza teren skoczni i wtedy właśnie w ostatnim momencie zauważa nas Dawid Kubacki, który szybko podbiega do nas, rzuca swoje kwiaty, które dostał na podium i dziękuje nam za doping! Jako spełnieni i szczęśliwi kibice możemy już opuścić skocznię. 

Na skoczni spędziliśmy z dobre 3-4 godziny. Zaczęło się już ściemniać, więc oczywistym jest, że nic już dzisiaj nie zwiedzimy. Idziemy po auto, zatrzymujemy się jeszcze gdzieś na kotleta po wiedeńsku i jedziemy do Austrii. Nasz hotel znajduje się w ośnieżonej miejscowości Achenkirch i znów, czeka nas ponad godzina jazdy. Jak się okazuje warunki na drogach są ciężkie, śniegu jest bardzo dużo, no i do tego jest już totalnie ciemno, a drogi w niektórych miejscach nie są oświetlone. I tak przeżywamy chwile grozy, gdy wjeżdżamy w totalnie ciemny las, gdzie droga jest bardzo wąska. Bardzo wolnym tempem pokonujemy ten odcinek w czasie około 40 minut. Potem jest już górki.

Kolejnego dnia budzi nas śnieżyca. Jesteśmy kompletnie zasypani. Po Achenkirch jeżdżą wozy odśnieżające, więc i my powolutku opuszczamy nasz apartamencik i jedziemy do Innsbrucku. Drogi są zasypane, śnieg ciągle sypie i tym sposobem tworzą się lekkie korki. Trasa, którą jedziemy wydaje się być widowiskowa, ale niestety chmury zasłaniają piękne widoki.

Zima w Achenkirch

Dziś jest dzień przerwy w Turnieju, dlatego planowaliśmy pojechać do bajkowego zamku Neuchweinstein, ale okazuje się, że warunki pogodowe są na tyle ciężkie, że musimy zmienić plany i zostać w Innsbrucku. Pogoda, skoki i fakt, że dni są krótkie sprawiają, że nie wszystko podczas naszego wyjazdu, jeśli chodzi o zwiedzanie okolicy, idzie po naszej myśli. Nasz plan jest dość chaotyczny, ciągle się zmienia i tym sposobem do zwiedzania Garmisch-Partenkirchen wracamy dopiero przed konkursem w Innsbrucku. 

GARMISCH-PARTENKIRCHEN

Pozwolę sobie teraz zaburzyć chronologię i pokazać co udało nam się zobaczyć w Garmisch-Partennkirchen. Wybraliśmy tylko kilka punktów w mieście, bo jak wiadomo czas w dniu zawodów jest zawsze ograniczony.

Ga-Pa jest podobno jednym z najpopularniejszych kurortów w Niemczech i najpopularniejszym w regionie Bawarii przez okrągły rok! Nie dziwią więc tutejsze wysokie ceny noclegów. Wybierając się na skoki trzeba wziąć to pod uwagę i zacząć szukać hotelu dużo wcześniej.

Ludwigstraße

Ludwigstrasse to ulica z przepiękną kolorową, malowaną zabudową. Co ciekawe, każdy budynek zdobią inne, często adekwatnie do dawnego charakteru budynku motywy, np. na Domu Langerbecków – starej piekarni, znajdziemy malowidła związane z zawodem piekarza.

Ludwigstraße, Ga-Pa
Dom Langerbecków

Postanowiliśmy też odwiedzić dwa kościoły – oba pod wezwaniem św. Marcina. Różni je wiek, ale łączą piękne malowidła skrywane w ich wnętrzach. Na pierwszy rzut oka widać który z nich jest starszy.

Stary kościół św. Marcina

Powstawał od XIII do XVI w. Surowe ściany świątyni pokrywają średniowieczne freski datowane na XIV-XV w. Widać, że są bardzo stare i w tym właśnie ich największy urok. Największe wrażenie robią te najbardziej obdrapane malowidła.

Nowy kościół św. Marcina

Kiedy w XVIII w. w starym kościele św. Marcina wierni się już nie mieścili, wybudowano nową świątynię, pod tym samym wezwaniem. Dla rozróżnienia mówi się na nią nowy kościół św. Marcina. W tej barokowej budowli głowy trzeba zadzierać do góry bo na suficie znajdują się niesamowite freski (ukazujące sceny z życia św. Marcina). Z resztą nie tylko sufit jest warty uwagi.

Malowane domy

Ogólnie rzecz biorąc w całym Garmisch-Partenkirchen co rusz można natknąć się na różne budynki, których fasady są ozdobione kolorowymi malowidłami. Nam się to bardzo podobało! Miasto ma dzięki temu unikalny urok i zwyczajny spacer po nim może być atrakcją samą w sobie.

Wąwóz Partnachklamm, Alpspitze

Innymi miejscami, które warto odwiedzić (a przynajmniej tak sądzimy) będąc w Garmisch-Partenkirchen, są okoliczne atrakcje przyrodnicze, takie jak wąwóz Partnachklamm, któryś ze szczytów górskich (do wyboru Alpspitze, Zugspitze, Wank) czy jezioro Eibsee. Jako, że jezioro mieliśmy już zaliczone, chcieliśmy zrobić drugie podejście do jakiegoś szczytu. I niestety znowu nam się nie udało… Tym razem przyczyną była pogoda. Od dwóch dni bardzo sypie śnieg, co oczywiście cieszy, ale zachmurzenie jest tak duże, że na górze nie byłoby nic widać. Do wąwozu również nie udaje nam się wejść, ale to ze względu na szybko uciekający czas. Plany w sporej części się nam kompletnie posypały, no ale czasami tak bywa. Głównym celem naszego wyjazdu są przecież skoki, zatem trzeba wracać na kwalifikacje w Innsbrucku. 

Zwiedzanie Ga-Pa i to czego nie zdążyliśmy zobaczyć utwierdziło nas w przekonaniu, że na skoki tutaj jeszcze kiedyś wrócimy i to na dużo dłużej. Również jeśli ktoś chciałby się wybrać tylko na jedne zawody z cyklu Turnieju Czterech Skoczni to polecalibyśmy tę część (obok Innsbrucka, ale o tym więcej w następnym poście). Skocznia przypadła nam do gustu, miasto ma świetny klimat, a przyroda dookoła jest na pewno niesamowita i bardzo żałujemy, że nie udało nam się zobaczyć ani Partnachklamm, ani żadnego ze szczytów. Trzeba przyznać, że jak do tej pory nasze plany wyjątkowo często krzyżowały czas i pogoda, ale nie ma się co przejmować. Przed nami była jeszcze austriacka część turnieju, zatem drugie tyle atrakcji.

Kolejny przystanek na mapie – Innsbruck!

Więcej wpisów o Turnieju Czterech Skoczni
Turniej Czterech Skoczni cz. 4 – Innsbruck

Na półmetku Turnieju Czterech Skoczni przenosimy się do Innsbrucka. Zarówno miasto jak i skocznia Bergisel zdobywają nasze uznanie przede wszystkim wspaniałym położeniem, a poza tym jest tu też co zwiedzać. Teraz już w pełni rozumiemy dlaczego miejsce to nazywane jest sercem Alp. Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *