Turniej Czterech Skoczni cz. 2 – skoki w Oberstdorfie i zwiedzanie Kempten

W sezonie 2018/2019 zrealizowaliśmy jedno z naszych podróżniczych marzeń, jakim był kompletny wyjazd na Turniej Czterech Skoczni w skokach narciarskich. Nie odpuściliśmy żadnego konkursu i żadnych kwalifikacji. 18-letnim Oplem Corsą przejechaliśmy 3000 km przez niemieckie i austriackie Alpy, zmagając się z najpiękniejszą zimą jaką w życiu widzieliśmy.

Po udanym przystanku w Norymberdze, zmierzamy do Oberstdorfu, aby wreszcie w pełni oddać się skokom narciarskim i atmosferze Turnieju Czterech Skoczni. A tą czuć już na trasie, gdy z autostrady zjeżdżamy na stację benzynową i do zajazdu, na szybką kawę i siku, gdzie spotykamy więcej kibiców. Nasze bluzy wyprodukowane przez 4F specjalnie na TCS oraz czapki z Kamilandu nosimy na sobie już od samego rana i będą nam one towarzyszyć przez cały turniej. Kupiliśmy je sobie tuż przed wyjazdem w ramach świątecznych prezentów i musimy przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Nie jest to żadna reklama, po prostu jesteśmy bardzo zadowoleni zarówno z bluz, jak i czapek. Są ciepłe, stylowe i praktyczne. Na pewno będziemy je nosić namiętnie przez całą zimę.

OBERSTDORF

Kwalifikacje

Do Oberstdorfu dojeżdżamy jeszcze na kawałek treningu. O dziwo udaje nam się zaparkować na parkingu bardzo blisko skoczni, ale nie spodziewałabym się tego samego w dniu konkursu. Wejście na obiekt również idzie nam całkiem gładko i już wkrótce stoimy sobie wygodnie na naszej trybunie. Atmosfera wśród kibiców jest świetna! Mamy wrażenie, że wszystkie miejsca są zapełnione, ale kolejnego dnia dane było nam się przekonać, że to jeszcze nie był full.

Wspomnę jeszcze, że na skoczni zakupić można różne zimne i ciepłe napoje, w tym mega rozgrzewające grzane wino, różne przekąski oraz akcesoria kibicowskie dla niewyposażonych wszystkich narodowości, jakie biorą udział w TCS. Postanawiamy zaopatrzyć się w dodatkową flagę Polski jako, że nasza nie posiada kija i bez niego jednak nie jest zbyt praktyczna.

Nasze pierwsze spotkanie z Schattenbergschanze

Po kwalifikacjach jedziemy do hotelu, który oddalony jest aż 64 km od Oberstdorfu. Ceny noclegów w Alpach w tym okresie są na tyle wygórowane, że bardziej opłaca nam się nocować właśnie w tak dużej odległości od centrum wydarzeń. Natomiast nie odczuwamy tego aż tak bardzo, ponieważ poruszamy się szybko i wygodnie autostradą. 

BG Hotel, w którym się zatrzymujemy jest samoobsługowy. Pokój otwieramy po wstukaniu kodu do drzwi, który otrzymaliśmy sms-em. Jak się okazuje nie mogliśmy lepiej wybrać. Stosunek jakości do ceny jest na prawdę super. Pokój jest nowoczesny, a na wyposażeniu mamy jeszcze mini kuchnię i łazienkę. Zawsze lepiej doszukiwać się plusów, ale jeśli mielibyśmy w tym hotelu szukać minusów, to mógłby nim być jedynie widok z salonu na McDonalda 😉 Choć dla niektórych bliskość “maczka” może być udogodnieniem. Jako, że nie samymi skokami człowiek żyje, to po wypakowaniu się i rozpłaszczeniu jedziemy jeszcze do Aldiego po jakieś produkty na kolację i śniadanie.

KEMPTEN

Park archeologiczny Cambodunum

Kolejny dzień rozpoczynamy od zwiedzania dość nietypowego miejsca – Kempten. Kempten to jedno z najstarszych miast na terenie Niemiec, a przyciągnęły nas tu starożytne ruiny. Już na początku I w n.e. istniało tu rzymskie miasto Cambodunum i do dziś możemy oglądać jego pozostałości, a najśmieszniejsze jest to, że znajdują się tuż obok osiedla mieszkalnego (gdy dojechaliśmy na miejsce myśleliśmy, że GPS jaja sobie z nas robi). Bliskość tych dwóch miejsc idealnie ukazuje postęp cywilizacji. 

Tutejszymi uliczkami przechadzali się kiedyś Rzymianie

Parkujemy na mini parkingu obok osiedla i początkowo nie wiemy w którą stronę się kierować, ale ostatecznie po krótkim obchodzie wokół bloków dostrzegamy dwie kolumny w stylu jońskim i posąg cesarza Augusta (jest to kopia rzeźby z Muzeum Watykańskiego). Przechodząc przez kolumny symbolicznie wchodzimy na teren starożytnego miasta. Mijamy posąg i… przed nami ukazuje się wielki trawnik. Zdaje się, że jesteśmy na forum. Gdzieś w trawie widać też jakieś pozostałości murów, prawdopodobnie fundamenty bazyliki z I w. (tak by wypadało według przewodnika). Jest też makieta tego, co stało tu kiedyś i jakiś podest, który ciężko stwierdzić do czego służył. Niestety nie wszystko jest tu dokładnie opisane.

Chwilę krążymy po całym terenie i próbujemy znaleźć więcej ruin. Oprócz nas nie odnotowujemy obecności innych turystów, przewija się jedynie kilku mieszkańców, którzy albo biegają albo spacerują z psem (teren parku archeologicznego robi też za miejsce rekreacji lokalsów).

W końcu dochodzimy do budynku Małych Term, które służyły niegdyś zarządcy miasta i jego gościom, ale całujemy klamkę bo jesteśmy tak bardzo poza sezonem, że obiekt jest zamknięty na dłuższy okres. Zaglądamy jednak przez przeszklone ściany i robimy kilka zdjęć. W środku widać przede wszystkim oryginalne mury i kilka gablot z przedmiotami codziennego użytku. 

Park Archeologiczny wydaje się bardzo ciekawy, ale zwiedzanie go nie idzie nam zbyt dobrze. W dodatku nie odnajdujemy więcej budowli, a gdzieś tu powinien być jeszcze Kwartał Świątyń. W pobliżu forum widzimy jeszcze plac zabaw i kilka budynków stylizowanych w duchu starożytnego Rzymu, ale to już zdecydowanie twór współczesny. 

Plac św. Manga

Następnym punktem na mapie Kempten jest plac św. Manga, gdzie znajduje się kościół św. Manga, fontanna św. Manga i kaplica św. Erazma (Erasmuskapelle), w której odbywają się pokazy multimedialne opowiadające o historii tego miejsca. Gdy docieramy na plac, wydaje się dość opustoszały. Wchodzimy jednak do punktu informacji przy kościele, gdzie nabywamy bilety do kaplicy i zostajemy poinformowani, że wycieczka odbędzie się, ale chwilowo czekamy aż zbierze się większa grupa ludzi. O dziwo, coraz więcej osób zaczyna się schodzić i po około 30 minutach oczekiwania pracowniczka punktu zabiera nas na krótką lekcję historii.

Plac i fontanna św. Manga

Kaplica św. Erazma

Zaczynamy od pogadanki jeszcze w murach kościelnych. Pani z punktu informacji okazuje się być również przewodniczką z obszerną wiedzą historyczną o swoim mieście. Na całą grupę zwiedzających, a było nas tam kilkanaście osób, tylko my nie mówimy po niemiecku (chociaż tego dnia Gracjan bardzo pięknie zapytał po niemiecku o lokalizację toalety!), zatem co jakiś czas przewodniczka przerzuca się na angielski. Cała ta lekcja trwa nieoczekiwanie długo, chyba z 45 minut. Dopiero po tym wprowadzeniu możemy zejść do kaplicy, która zlokalizowana jest pod placem. 

W końcu schodzimy na dół, w pewnym momencie mijając po bokach zachowane przez wieki ludzkie czaszki i fragmenty kości. Kaplica w swojej historii była także miejscem pochówków, magazynem i bunkrem. Pochówki datowane są już na VII w., a początki kaplicy na XIII/XIV w. Dzisiaj na pozostałościach starych murów wyświetlane są projekcje opowiadające o jej historii. Nie jest to jednak zwykły pokaz!

Wszyscy zajmują miejsca siedzące, pani przewodniczka gasi światło, a naszym oczom i uszom ukazuje się wielowymiarowe świetlno-dźwiękowe show. Jest to coś zupełnie innego niż do tej pory widzieliśmy! Światło odtwarza dawne mury, a dźwięk o nich opowiada. Niestety… tylko w języku niemieckim, rozumiemy więc tyle co opowiedziane jest światłem. Tak czy owak, taki sposób opowiadania historii i ożywiania dawnych murów bardzo nam się podoba. 

Wejście do Erasmuskapelle
Fragmenty dawnych murów

OBERSTDORF

Konkurs główny

Po zwiedzaniu podziemi idziemy do restauracji po drugiej stronie ulicy na szybką pizzę, a następnie ruszamy w stronę skoczni. Na placu św. Manga spędziliśmy więcej czasu niż planowaliśmy, ale ostatecznie nie ma czego żałować bo było to ciekawe doświadczenie. W dniu głównego konkursu warto przyjechać do Oberstdorfu wcześniej bo tego dnia ruch w miasteczku jest totalnie przeorganizowany właśnie ze względu na skoki. Znaki, jak i również policja kierują nas na specjalny parking (płatny) dla kibiców, spory kawałek od skoczni. Stąd kursują co chwilę darmowe autobusy, które zawożą ludzi do centrum Oberstdorfu, a następnie jeszcze kilkanaście minut trzeba się samemu pofatygować na skocznię. Zatem nie jest już tak spokojnie jak w dniu kwalifikacji, ale trzeba przyznać, że i tak ten ruch zorganizowany jest dobrze i płynnie. Zważając na fakt, że kibiców jest bardzo dużo, nie możemy narzekać na jakiś straszny ścisk czy to w autobusie czy na ulicach. Prawdziwy koszmar dla tych co nie lubią tłumów zaczyna się dopiero u podnóża Schattenbergschanze, a dokładniej rzecz ujmując “na bramkach”, tzn. tam gdzie kontrolują bilety. Swoje musimy odstać, ale po przejściu kontroli znowu dość sprawnie znajdujemy miejsca na trybunie. “Dość” sprawnie, ponieważ ilość kibiców jest znacznie większa niż w dniu wczorajszym. 

Centrum Oberstdorfu

Cudem udało nam się wskoczyć w lukę tuż przy bandzie. Zapewne parę minut później już ktoś by tam stanął. A jest to dobre miejsce z kilku względów. Po pierwsze, jest się o co oprzeć, a po drugie, od czasu do czasu przechodzą tędy niektórzy skoczkowie, którym można przybić piątkę. Na przykład Ryoyu Kobayashi czy Johann Forfang. Przewinął się też Stefan Kraft i kilka innych mniej znanych twarzy. Innym plusem stania w pierwszym rzędzie jest to, że nikt nam nic nie zasłania. Zwłaszcza mi, bo jestem jeszcze niższa niż Yukiya Sato 😉

Konkurs główny poprzedzony jest niedługą ceremonią otwarcia. Z buli zjeżdżają dzieci/młodzież z flagami wszystkich państw, jakie biorą udział w Turnieju Czterech Skoczni, śpiewa też jakaś lokalna gwiazda, chociaż nam kompletnie nieznana. Atmosfera jest fantastyczna.

Przed rozpoczęciem skoków trwają jeszcze ostatnie poprawki skoczni. W ruch idą grabie, a nawet wiertarka.

W pewnym momencie wzdłuż barierek przechadza się dziennikarz TVN-u wraz z kamerzystą. Panowie ewidentnie szukają jakiejś polskiej twarzy, więc spontanicznie macham do nich, a oni razu zauważają moje biało-czerwone barwy. Tym sposobem załapuję się na wywiad. Nikt z rodziny i znajomych nie widział mnie w telewizji, więc nie wiem gdzie wywiad był publikowany… a może poszło mi tak źle, że nie wyemitowano go w ogóle. Nie powiem żebym się nie stresowała, a w takich sytuacjach zazwyczaj “lubię” palnąć jakąś głupotę. Ale skoro panowie chcą mnie też znaleźć w Bischofshofen to chyba inne było tragedii 😛

Na trybunach przeważają kibice niemieccy. Obok nas stoi bardzo sympatyczny, choć już trochę wstawiony fan z Niemiec, który przy okazji każdego skoku Polaka zwraca się do nas wydając z siebie odgłos żalu w przypadku słabego występu oraz odgłos radości w przypadku odległości dobrej. Przy jednym z lepszych skoków wykrzykuje nawet entuzjastyczne “ku**a!” (zapewne jedyne słowo w języku polskim, które zna), dając tym samym wyraz radości i gratulując nam w ten sposób. To jedna z tych sytuacji, która pokazuje, że na konkursach skoków kibice są jak jedna wielka rodzina i dobrze życzą każdemu zawodnikowi.

Konkurs wygrał Ryoyu Kobayashki, wyprzedzając Markusa Eisenbichlera. W oczekiwaniu na wyniku było widać stres na twarzach Niemców, którzy bardzo liczyli na swojego rodaka, aczkolwiek tak czy siak 2 miejsce bardzo wszystkich ucieszyło. W końcu to bardzo dobry wynik!

Statuetka Złotego Orła dla najlepszego w klasyfikacji generalnej TCS

Po konkursie nadszedł czas na powrót do samochodu. Już zdążyliśmy zapomnieć jak daleko zaparkowaliśmy naszego łososiowego korsarza, ale na szczęście Oberstdorf nie jest dużym miastem i bez problemu odnajdujemy miejsce odjazdu autobusów, które odwożą zmotoryzowanych na parking. Do hotelu udaje nam się wrócić całkiem szybko i tak oto kończy się drugi dzień turnieju. 

Kolejny dzień to już kwalifikacje w Ga-Pa, zatem żegnamy Oberstdorf. Wrażenia po konkursie mamy jak najbardziej pozytywne, jedyne czego nam zabrakło to czasu żeby lepiej wyeksplorować okolicę w przerwach między skokami. Nie zwiedziliśmy Oberstdorfu a zamiast niego odwiedziliśmy nieoczywiste Kempten, które wydało nam się być ciekawszym miejscem. Mając tak mało czasu, trzeba próbować zagospodarować go jak najlepiej. A przecież w taki dzień kiedy mamy kwalifikacje czy tym bardziej konkurs, trzeba odliczyć sobie czas nie tylko na same zawody, ale też na znalezieniu parkingu (który prawdopodobnie będzie spory kawałek od skoczni) oraz na dojście na obiekt. Ach, no i nie zapominajmy, że z poszczególnych miast, w których rozgrywane są zawody, trzeba też dojechać na kolejne.

Czujemy, że to będzie niezwykle ekscytujący, ale i intensywny wyjazd, tak jak dla skoczków intensywny jest cały Turniej Czterech Skoczni. Teraz tym bardziej podziwiamy ich wysiłek! 

Do zobaczenia w Garmisch-Partenkirchen!

Więcej wpisów o Turnieju Czterech Skoczni
Turniej Czterech Skoczni cz. 4 – Innsbruck

Na półmetku Turnieju Czterech Skoczni przenosimy się do Innsbrucka. Zarówno miasto jak i skocznia Bergisel zdobywają nasze uznanie przede wszystkim wspaniałym położeniem, a poza tym jest tu też co zwiedzać. Teraz już w pełni rozumiemy dlaczego miejsce to nazywane jest sercem Alp. Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *