Skuterem śnieżnem po Eyjafjallajökull

Zbliżały się moje 25 urodziny. Mieszkaliśmy na Islandii i na tamtym etapie naszego życia mieliśmy pracę, która otwarła przed nami wiele możliwości zwiedzania nie tak łatwo dostępnych zakątków południowej części wyspy. Oczywiście zamierzałam wykorzystać ten fakt i świętować urodziny w szczególny sposób, na przykład na wulkanie albo w jaskini lodowej. Wybredna nie byłam! Ostatecznie całą sobotę jeździliśmy po islandzkim interiorze, a celem naszej wycieczki było przepiękne Landmannalaugar (ale o tej wyprawie kiedy indziej), po czym kolejnego dnia jeszcze na dobitkę pojechaliśmy na przejażdżkę skuterami śnieżnymi po lodowcu-wulkanie owianym sławą ostatniej erupcji oraz swojej bardzo trudnej nazwy, czyli Eyjafjallajökull. Nawiasem mówiąc, jak się trochę poćwiczy wymowę to ta nazwa wcale nie jest taka trudna!

Rano udaliśmy się na miejsce zbiórki, gdzie podpisaliśmy dokumenty, że akceptujemy ryzyko wycieczki i przywdzialiśmy ocieplane kombinezony. Gdy cała grupa się zebrała, ruszyliśmy ogromnym jeepem na lodowiec. Pogoda nie zapowiadała się najlepiej. Nie padało co prawda, ale było pochmurno i szczerze zastanawiałam się co zastaniemy na górze. Im wyżej byliśmy tym pogoda się pogarszała, nie na tyle jednak żeby odwołać nasze śnieżne szaleństwo. Wiedziałam też, że Runar, który był tego dnia naszym przewodnikiem, jest odpowiedzialny, doświadczony i zna ten teren jak własną kieszeń. Około pół godziny jechaliśmy kamienistą, stromą drogą na lodowiec, która w pewnym momencie zlała się z otoczeniem. Nie było sensu się zastanawiać czy jesteśmy poza trasą, bo sama pewnie bym stwierdziła, że i owszem. Ale nic z tych rzeczy. Przejażdżki z Runarem nie miały sobie równych. Znał teren więc jeżdżąc z nim po interiorze człowiek mógł się totalnie wyluzować i podziwiać krajobrazy za oknem. Z nim i z licznymi GPS-ami, jakie każdy przewodnik miał na swoim wyposażeniu czuliśmy się bezpiecznie, ale też naszym obowiązkiem było stosować się do reguł, żeby zabawa skończyła się dobrze.

Gdy za oknami pojawił się śnieg, wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko. W końcu jeep zatrzymał się gdzieś na lodowcu, w jego niższych partiach, gdzie czekały już na nas skutery i spadający z nieba śnieg. Cała grupa wysiadła, a Runar zaznajomił nas z obsługą pojazdów, zasadami bezpieczeństwa i przestrzegł, żeby nie tracić z pola widzenia osoby, która będzie jechać przed nami. A jechać mieliśmy gęsiego. Raczej nikt nie miał w planach się gubić, ale jakby już przyszło co do czego, to warto pamiętać, że należy wtedy absolutnie zostać w miejscu i czekać na pomoc. Przewodnik mniej więcej będzie wiedział, w którym miejscu możemy być. Jako, że wszyscy jechali parami, umówiliśmy się z Gracjanem, że on jako bardziej doświadczony kierowca będzie kierował w drodze na szczyt lodowca, a ja w drodze powrotnej.

Wszyscy byli już ubrani i siedzieli na skuterach. Pozostało nam już tylko zasunąć szybkę kasku i w drogę. Runar niczym kacza mama poprowadził szyk. Ruszyliśmy za nim jako pierwsi, a za nami cała reszta. Chłodny wiatr i płatki śniegu uderzyły nas w nieosłonięte części twarzy, po bokach widać było ośnieżone pagórki, a przed nami skuter z naszym przewodnikiem ubranym na czarno i bezkresne białe mleko, w które mieliśmy za chwilę wjechać. Warunki na górze były kiepskie, śnieg padał coraz mocniej, a widoczność była fatalna. Już po kilku metrach serce zaczęło mi bić szybciej, gdy zorientowałam się, że w zasadzie oprócz czarnej kropki przed nami (Runar) i Gracjanem, który siedział tuż przed moim nosem, nie było widać kompletnie nic. Otaczał nas mglisty bezkres. Jechaliśmy tak ok. 15 minut, kurczowo trzymając się czarnej kropki przed nami, nie zwalniając ani na moment. Pomimo strachu wiedzieliśmy, że nie codziennie ma się szansę poszaleć skuterem po Eyjafjallajökull! Nie mogliśmy odpuścić! Zresztą na tym etapie i tak nie było już odwrotu.

W końcu dotarliśmy do najwyższego punktu na lodowcu, do skały Godasteinn. Co za ulga, przeżyliśmy i nikt się nie zgubił! Zatrzymaliśmy się na chwilę żeby rozprostować kości i zrobić kilka zdjęć. Pogoda wciąż się nie poprawiała, ale przyznam, że zaczęło mi się to podobać. Samotna skała i bezkresna mgła miały swój niepowtarzalny, tajemniczy klimat. Choć z perspektywy czasu jazda w tych warunkach również wydaje mi się niepowtarzalna, to wtedy była naprawdę stresująca. Postanowiłam więc, że w drodze powrotnej zostanę na pozycji pasażera, ale za to przygotowałam sobie kamerkę żeby nakręcić parę ujęć z trasy.

Zaczęliśmy ruszać powoli na dół. Najpierw przewodnik, za nim my, za nami reszta ekipy. Wjechaliśmy z powrotem w to ogromne mleko i jechaliśmy coraz szybciej, przez co islandzki wiatr w połączeniu ze śnieżycą, zachmurzonym niebem i mgłą dawały nam się we znaki coraz bardziej. Ciężko było nie stracić z Runara wzroku, który co jakiś czas oglądał się sprawdzając czy wciąż za nim jedziemy. Na wszelki wypadek byliśmy umówieni, że w razie problemów podnosimy rękę do góry, jednakże na tamten moment nasz skuter był w 100% sprawny, a jazda była jak najbardziej możliwa, więc pomimo ciężkich warunków atmosferycznych i strachu, który miał wtedy wielkie oczy, nie było jakiejkolwiek potrzeby wołania o pomoc. Z resztą w momencie, kiedy rzeczywiście zaczęliśmy wpadać w tarapaty, rozpaczliwe unoszenie ręki do góry nic by nie zdziałało, bo… straciliśmy naszego przewodnika z pola widzenia… Pomimo niskiej temperatury na zewnątrz, nam zrobiło się wtedy naprawdę gorąco. Nie muszę przypominać, że widoczność była słaba, do tego było mroźno więc dość szybko zaczęły nam zamarzać szybki w kaskach. Gracjan odsunął ją żeby lepiej widzieć, ale dostał jedynie śnieżycą po twarzy, a Runar wcale nie wyłonił się magicznie z mgły. Okazało się, że sposobem na kask jest odsunięcie szyby do połowy – chroni wtedy nasze oczy, a jednocześnie jesteśmy w stanie patrzeć na drogę. Co jednak nie rozwiązywało naszego problemu, że wciąż jechaliśmy przed siebie w ciemno. Przyspieszyliśmy, w nadziei, że dogonimy Runara. Z dobre pół minuty ta cała chwila grozy trwała, aż w końcu czarna kropka znów pojawiła się na horyzoncie.

Ostatecznie bezpiecznie udało nam się wrócić na dół i okazało się, że niżej niebo zaczęło się rozjaśniać, mogliśmy zatem zobaczyć w końcu widoki roztaczające się z góry na okolicę. Przy dobrej widoczności moglibyśmy nawet zobaczyć wyspy Vestamanaeyar! Zatrzymaliśmy się tak na chwilę przy punkcie widokowym, po czym Runar zabrał nas w jeszcze jedno miejsce, gdzie mogliśmy wyszaleć się trochę na własną rękę. W końcu i ja odważyłam się zasiąść na chwilę za kierownicą i muszę przyznać, że uczucie wolności było wspaniałe!

Z pewnością wrócimy jeszcze kiedyś na jakiś lodowiec, mam nadzieję, że dla odmiany przy odrobinę lepszej pogodzie. Choć z perspektywy czasu mogę uznać, że trudne warunki atmosferyczne były tylko dodatkową atrakcją, która dodała pikanterii naszej wyprawie i moim urodzinom. W końcu 25 urodziny obchodzi się tylko raz 😉 Tego dnia przeżyliśmy nie tylko niesamowitą przygodę, ale też małą lekcję pokory. Islandzka przyroda przypomniała nam o czymś, o czym wiedzieliśmy już wcześniej, ale czego jeszcze nigdy nie mieliśmy okazji doświadczyć na własnej skórze – gramy według jej zasad. Jesteśmy tutaj gośćmi i możemy zachwycać się pięknem Islandii, ale nie możemy nigdy zapominać o potędze przyrody, która potrafi być tutaj nieobliczalna. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *