1 i pół dnia w Chiang Rai

Chiang Rai to miasto w północnej Tajlandii, znane głównie ze względu na dwie świątynie – Wat Rong Khun i Wat Rong Sear Tean (potoczniej mówiąć – Białą i Biebieską). Początkowo nasz plan zakładał, że przylecimy tu z Bangkoku, odwiedzimy wyżej wspomniane świątynie i autobusem pojedziemy do tego słynniejszego Chiang – czyli Chiang Mai. Na całe szczęście los chciał, że bilety na nasz autobus się wyprzedały, a my mieliśmy czas żeby odkryć więcej ciekawych miejsc na mapie tego mniej turystycznego miasteczka, które stało się jednym z naszych ulubionych miejsc w Tajlandii.

W Tajlandii jesteśmy trzeci dzień i niezmiernie cieszymy się, że już za kilka godzin przeniesiemy się z dusznego Bangkoku na nieco chłodniejszą północ. Stolica Tajlandii wywołuje w nas wiele skrajnych emocji, oczywiście cieszymy się, że mogliśmy tu być, ale to co uderza nas najbardziej to upał i duchota, jakiej nigdy wcześniej nie doświadczyliśmy. Jeszcze tylko dwie godziny pocenia się w rozklekotanym pociągu i dojedziemy na klimatyzowane lotnisko. A tymczasem trzeba wystawić głowę w stronę wiatraka na suficie i grzecznie jechać.

Lotnisko w Chiang Rai wita nas rzeczywiście niższą temperaturą i lekką mżawką, co jest nam wybitnie na rękę. Z lotniska dojeżdżamy do miasta autobusem. W porównaniu do Bangkoku to mała mieścina, nie ma tu również aż tylu turystów.

Zanim udamy się do hostelu, planujemy jeszcze zahaczyć o tzw. Białą Świątynię, która oddalona jest od miasta o 5 km. Najpierw jednak trzeba zjeść coś porządnego, zatrzymujemy się więc w jednej z pierwszych napotkanych knajpek, gdzie zjadamy ryż z krabami i wypijamy orzeźwiający sok ze świeżych owoców mango. Szybkie WC i po paru chwilach z powrotem znajdujemy się na dworcu autobusowym w centrum miasta. Swoją drogą budynek dworca jest od zewnątrz ozdobiony pięknym grafitti, które przedstawia okoliczne atrakcje, m.in. świątynię, do której właśnie zmierzamy.

Co za szczęście, łapiemy przedostatni autobus jadący w stronę Wat Rong Khun, który kosztuje nas 20 Bathów od osoby. Autobus wygląda na bardzo stary i zniszczony, ale najważniejsze, że jeździ. Nie przeszkadza również brak klimatyzacji (tzn. jest jeden wiatrak na suficie, ale no nie oszukujmy się…), a rozwiązanie tego problemu jest dziecinnie proste – wystarczy nie zamykać drzwi podczas jazdy 🙂

Miły Taj, który kasował w środku bilety informuje nas, gdy dojeżdżamy do świątyni, o której mamy spodziewać się autobusu powrotnego. Zadowoleni wychodzimy na prowizorycznym przystanku i ruszamy w stronę świątyni, od której dzieli nas już tylko 5 minut. Jak się okazuje 5 minut dzieli nas również od godziny zamknięcia jej dla zwiedzających… I oczywiście nie udaje nam się wejść do środka.

Wat Rong Khun (Biała Świątynia)

Zaprojektowana i finansowana przez tajskiego artystę Khuna Chalermchai Kositpipata świątynia jest przepiękna i imponująca. Wygląda jakby była już skończona, ale tak na prawdę prace rozpoczęte nad nią w 1997 r. ciągle trwają i mają się zakończyć dopiero w 2070 r.

Świątynia pełna jest symbolizmu. Z oddali rozpoznajemy prowadzący do niej most ponad lasem ludzkich dłoni, które symbolizują cierpiące dusze w piekle. Szkoda, że nie możemy podejść do budowli bliżej i przyglądnąć się licznym detalom, chociaż od zewnątrz. Wewnątrz sztuka sakralna miesza się z elementami popkultury, podobno można tu zobaczyć wizerunek Spidermana czy nawet postaci z “Matrixa”, co wzbudza rzecz jasna, obok głosów zachwytu, nie małe kontrowersje.

Cóż, Wat Rong Khun nie jest jeszcze ukończona, zatem podobnie jak w przypadku Sagrady Familii w Barcelonie, mamy tu jeszcze po co wracać. 

Tymczasem trzeba się spieszyć na autobus powrotny. Wierząc miłemu Tajowi z autobusu na słowo, że jednak będzie jeszcze jakiś kurs powrotny do miasta, udajemy się na przystanek, ignorując po drodze oferty podwózki od taksówkarzy. Zaczynamy się niepokoić, gdy autobus jest spóźniony już dobre 30 minut, zaczyna się robić ciemno, rozkładu jazdy na przystanku brak, a wokół zaczyna latać coraz więcej komarów. Taksówkarze też powoli znikają, więc mój instynkt panikarza podpowiada, że trzeba łapać taxi, póki tu jeszcze jest. Mam poparcie drugiej Pauliny (nie wspomniałam, że podróżujemy w 4 osoby – z parą przyjaciół) i tym sposobem po 20 minutach znów szczęśliwie trafiamy do centrum Chiang Rai. 

Plan na kolejny dzień to zwiedzanie Niebieskiej Świątyni i przejazd autobusem do Chiang Mai. Po zameldowaniu się w hostelu idziemy zatem na dworzec kupić bilety, jednak okazuje się, że autobus którym chcemy jechać w okolicach przedpołudniowych jest już pełny i właściwie większość kursów jest już wyprzedanych. Do wyboru zostały nam jakieś godziny późno popołudniowe i wieczorne, co oznacza, że co prawda zdążymy na naszą wycieczkę do sanktuarium słoni, ale odpadnie nam zwiedzanie Chiang Mai. Wygląda więc na to, że trzeba będzie ustalić plan B.

Tymczasem jednak udajemy się na nocny bazar, gdzie atmosfera jest bardzo przyjemna. Nie przepadamy za tłumami, ale tutaj liczba turystów jest znośna. Jedni siedzą w knajpach i piją piwo, słuchając muzyki na żywo, a inni szaleją na stoiskach z pamiątkami i rękodziełem. Powoli spacerujemy po bazarku, szukając jakichś stoisk ze street foodem. W końcu kupujemy jakąś przekąskę w liściu, ale przyznaję, że sami do końca nie wiemy co to jest. Dwa stragany dalej kupujemy deser – popularny w Tajlandii naleśnik roti z bananem i czekoladą – bardzo tłusty i baaardzo pyszny! 

Kontynuujemy nasz kulinarny spacer i idziemy do restauracji, która znajduje się tuż przy wieży zegarowej w Chiang Rai. Nie przypadkiem wybieramy wieczorową porę, bo codziennie o godzinie 19, 20 i 21 zegar mieni się kolorami, serwując pokaz kolorów i świateł. Zasiadamy więc w restauracji przy stoliku na zewnątrz, który skierowany jest prosto w stronę zegara. Jedząc kolację, oglądamy show. 

A tak zegar prezentuje się w świetle dziennym.

W hostelu spotykamy Polaków, którzy proponują nam wspólną wyprawę w górskie rejony. Brzmi bardzo zachęcająco, ale chyba nie zdążymy wrócić na czas na autobus, więc odmawiamy. Robimy za to research atrakcji w mieście i bliższej okolicy i natrafiamy na olbrzymi posąg, opisywany jako “Big Buddha”. Obok niego znajdują się jeszcze dwie inne świątynie. Miejsce wydaje się być przepiękne i wyjątkowe. Zastanawiamy się jakim cudem nie usłyszeliśmy o nim wcześniej. Czyżbyśmy natrafili na jakiś nieodkryty diament Chiang Rai? 

Kolejnego dnia zwiedzanie zaczynamy od Wat Rong Sear Tean. Rano zostawiamy plecaki w hostelowej przechowalni, zjadamy śniadanie na mieście i zamawiamy Graba (azjatycki odpowiednik Ubera) do świątyni. Jazda Grabem coraz bardziej zaczyna nam się podobać z racji na szybkość, wygodę i cenę, która po rozłożeniu na 4 osoby jest bardzo niska.

Wat Rong Sear Tean (Niebieska Świątynia)

Gdy po paru minutach jazdy dojeżdżamy na miejsce, naszym oczom ukazują się dwa imponujące posągi w kolorze niebieskim, stanowiące bramę do świątyni.

Dalej wchodzimy na plac, pośrodku którego znajduje się fontanna w tym samym stylu i wreszcie za nią stoi prawdziwe dzieło sztuki – Wat Rong Sear Tean, która jest wręcz bajkowa! To jedno z tych miejsc, którego nie mogliśmy się doczekać i nie zawiedliśmy się. 

Wchodzimy do środka. WOW! 

Wat Rong Sear Tean jest stosunkowo młoda, bo została ukończona w 2016 roku. Świątynia wyróżnia się na tle innych, które do tej pory zobaczyliśmy w Tajlandii. Wszystkie są piękne, pełne zdobień i detali, ale ta jest wyjątkowo charakterystyczna. Urzeka nas głównie swoim intensywnie niebieskim kolorem, wręcz chabrowym.

Dość długo i powoli podziwiamy jej wnętrze i spacerujemy wokół, ale i tak mamy ochotę jeszcze trochę nacieszyć oko, więc kupujemy kokosy na straganie obok i uzupełniamy elektrolity pod parasolem w okolicy świątyni.

Wat Huai Pla Kung 

Znowu zamawiamy Graba, który podwozi nas do kolejnego punktu na mapie – Wat Huai Pla Kung. Jest to kompleks świątynny, oddalony ok. 6 km od miasta Chiang Rai, na który składają się posąg Guan Yin, 9-cio piętrowa pagoda i piękna biała świątynia, przypominająca nam trochę słynną Wat Rong Khun.

Największą atrakcją tego miejsca jest chyba ogromny, biały posąg bogini miłosierdzia Guan Yin, siedzącej na kwiecie lotosu, który króluje nad okolicą. Nie jest to Budda, jak mylnie pomyśleć można na pierwszy rzut oka. Ogromne wrażenie robi nie tylko sam pomnik, ale i schody, które do niego prowadzą. Są szerokie, długie, a po bokach znajduje się kilka dużych smoków. W środku bogini znajduje się winda, którą można wyjechać na górę i z jej oka podziwiać okolicę.

Zaraz obok znajdują się biała świątynia i pagoda.

Biała świątynia na pierwszy rzut oka przypomina nam trochę Wat Rong Khun i czujemy, że jest to swojego rodzaju rekompensata za wczoraj, choć oczywiście nie mamy pełnego porównania.

Pomijając czerwony dach, świątynia jest cała biała, zarówno w środku jak i na zewnątrz. Znowu nie możemy oderwać wzroku od zdobień. Te nie są malowane tak jak w przypadku wnętrz świątyni niebieskiej. Są misternie wykute. W centralnym punkcie stoi posąg Buddy.

Pagoda jest bardziej kolorowa od swoich sąsiadów, jest tu dużo zieleni i złota. Szczególnie uwagę zwracają smoki u wejścia, co jest cechą wspólną wszystkich trzech budowli.  Trochę czasu zajmuje nam wejście do środka, ponieważ smoki są niezwykle fotogeniczne i bawimy się różnymi ujęciami właśnie z nimi w tle.

Jeśli macie taką ochotę to jest możliwość wyjścia na wyższe piętra pagody. Można też przysiąść na kanapie na jednym z nich. 

W środku pagody w centralnym punkcie znajduje się drewniany posąg Guan Yin, którą spotkać można było również na schodach, swoją drogą pełnych dymu i zapachu kadzideł.

Po wyjściu z pagody próbujemy złapać jakiegoś Graba, ale przez dłuższy czas żadnego nie ma w pobliżu. Na parkingu również nie widać żadnej taksówki, zatem po ponad 30 minutach czekania rozglądamy się za tuk tukiem. Jest! Podchodzimy do kierowcy i pokazujemy na mapie gdzie chcemy do jechać. Pan słabo mówi po angielsku, ale po paru minutach zgadza się zabrać całą naszą czwórkę do miasta.

Gdy tylko zasiadamy w tuk tuku i kierowca rusza, od razu wyczuwamy, że będzie wesoło. Pojazd z wielkim trudem rusza z miejsca. Nie ma problemu dopóki zjeżdżamy z górki, ale gorzej pod górkę. Nachylenie w pewnym momencie robi się coraz większe, a tuk tuk zaczyna zwalniać niemal do zera. Kierowca jest jednak wytrwały i udaje nam się wyjechać. Jak dobrze, że w pobliżu nie było żadnego graba ani taxi! Taka krótka podróż, a dostarczyła nam i kierowcy tyle śmiechu 🙂

W końcu dojeżdżamy do Chiang Rai, ale została nam jeszcze chwila czasu żeby coś na spokojnie zjeść. Tym razem nie będzie to żadna lokalna kuchnia, ale… lokalna kocia kawiarnia!

Kocia kawiarnia Cat ‘n’ A Cup

Kocia kawiarnia w Chiang Rai jest domem dla wielu kotów różnych ras i maści, których fotografie zawieszone są na ścianie. W środku znajduje się kilka/kilkanaście małych stoliczków, przy których siedzi się na matach na podłodze. Zjeść tu można bardzo konkretnych rozmiarów deser! Do tego kawa mrożona i owocowy szejk na orzeźwienie i tak kolejna godzina upływa nam na relaksie w towarzystwie kociaków. Jak w każdej kociej kawiarni obowiązują tu oczywiście odpowiednie zasady, ale one wszędzie są praktycznie takie same. To co wyróżnia tą kawiarnię od innych to fakt, że przy kasie można kupić również smakołyki dla kotów.

Tak dobiegł końca nasz czas w Chiang Rai, który zdaje się być dla nas jeszcze nie do końca odkrytym diamentem Tajlandii. My zobaczyliśmy tylko kilka miejsc ze względu na ograniczony czas, ale drugi raz przeznaczylibyśmy go na te tereny trochę więcej. Warto wspomnieć chociażby, że jest to dobra baza wypadowa na wycieczki do Złotego Trójkątu czy górskich plemion. Mam zatem nadzieję, że wpis był choć trochę inspirujący, a wszystkim, którzy wybierają się na północ Tajlandii serdecznie polecamy Chiang Rai i zachęcamy do zainteresowania się pozostałymi atrakcjami okolicy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *